You are currently viewing Maks Cieślak – „Wideo”

Maks Cieślak – „Wideo”

Maks Cieślak – „Wideo”

wernisaż: 17 luty 2012
Baszta Czarownic 

wystawa będzie czynna od 17 lutego do 17 marca 2012 r.

Baszta Czarownic, Słupsk, al. F. Nullo 8

Maks Cieślak – absolwent Wydziału Artystycznego Uniwersytetu Marie Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Dyplom z malarstwa w pracowni prof. Adama Styki (2007). Laureat nagrody „Rybiego Oka 5” oraz zwycięzca konkursu artystycznego Henkel Art.Award. 2010. Łączy środki dostępne w konwencji kina niemego z estetyką amatorskich filmów wideo dostępnych w serwisie YouTube oraz elementami istniejącego materiału filmowego (technika found footage).

Wystawy indywidualne:

2011 Sztuka to z zakazanego owocu marmelada, MWW, Wrocław
2011 Art is A Forbidden Friut Marmalade, MUMOK, Wiedeń
2011 Otwarcie Zbiornika Kultury, Kraków

Ważniejsze wystawy zbiorowe:

2010 Opowieści dziwnej treści, BWA, Lublin
2009 7. Survial – Przegląd Sztuki w Ekstremalnych Warunkach, Pawilon Czterech Kopuł, Wrocław
2008 „IMPRINT” – I Międzynarodowe Triennale Sztuk Graficznych im. Tadeusza Kulisiewicza, PKiN, Warszawa
2008 5. Biennale Sztuki Młodych „Rybie Oko”, Bałtycka Galeria Sztuki Współczesnej, Słupsk (nagroda regulaminowa)
2007 Nova fala (I edycja), Młode Forum Sztuki Galerii Białej, Lublin
2006 Pozaginania rysunkowe – gra o wszystko, Centrum Kultury, Lublin


EFEKT „KRZYŻACKIEGO GLAMOUR’U”
Roman Lewandowski w rozmowie z Maksem Cieślakiem:

Roman Lewandowski: Przed czterema laty otrzymałeś dyplom w pracowni malarstwa na Wydziale Artystycznym UMCS w Lublinie. Jednak już wkrótce dałeś się poznać przede wszystkim z prac wykonanych w technologii wideo. Skąd wziął się ten wybór?

Maks Cieślak: Na studiach interesowało mnie wszystko co fajne, czyli wszystko oprócz rzeźby. Natomiast struktura organizacyjna mojej byłej szkoły pozwalała studentom malarstwa robić dyplom jedynie z malarstwa, a kierunku dla multimedialnych schizmatyków nie było po prostu. Co do wyboru między malarstwem a wideo posłużę się „metaforą Michela Jordana”. Michel Jordan, koszykarz wszech czasów, w pewnym momencie kariery porzucił NBA i zaczął, ale z o wiele mniejszym powodzeniem, grać w baseball… No więc, jeśliby porównać świat sztuk wizualnych do świata sportu, a mnie (oczywiście z odpowiednim współczynnikiem umniejszającym talent) do Michela Jordana, to filmy wideo byłyby moją koszykówką, a malarstwo moim baseballem…

Jednym spośród Twoich wykładowców w Lublinie był Tomasz Kozak. Czy jego twórczość bądź osobowość miały jakiś istotny wpływ na to czym chciałeś się później zajmować?

Podczas moich studiów w Lublinie Tomasz Kozak wspólnie z Marcinem Maronem zainicjowali (oddolnie!) cotygodniowe wykłady z historii kina połączone z pokazami filmów. To była wspaniała inicjatywa, dzięki której cuda i perły można było obejrzeć. Te spotkania uświadomiły mi jakim głąbem filmowym byłem i jednocześnie utwierdziły w przekonaniu, że sztuka wideo (uszlachetniona tradycją kina) jest dla mnie „najwłaściwsza”.

Mieszkasz i tworzysz w Tomaszowie Lubelskim. To niewielkie miasto, mieszczące się z dala od artystycznych centrów. W rezultacie niezbyt aktywnie uczestniczysz w tzw. życiu artystycznym.

Czy jest to Twój wybór celowy?

Nie tęsknię za intensywnym życiem artystycznym. Raz na jakiś czas sobie gdzieś wyjeżdżam, oglądam parę wystaw hurtem i to mi wystarczy. Co do celowości wyborów życiowych, nie ośmielam się odpowiedzieć.

Czy peryferie pozwalają Ci spojrzeć na sztukę oraz na świat z pewnego dystansu?

Sam się nad tym zastanawiam. Bo równie dobrze „brak zaangażowania” może mi pozwolić ujrzeć coś lepiej, jak też stworzyć prawdopodobieństwo „niedowidzenia”. Poza tym fizyczna odległość od miejsc wernisaży nie jest do końca równoznaczna z dystansem…

W ubiegłym roku otrzymałeś główną nagrodę Henkel Art.Award, a wkrótce potem miałeś indywidualną wystawę w MUMOK w Wiedniu. Czy te sukcesy w jakiś sposób zmieniły Twoją sytuację w Polsce? Czy przeniosło to się na jakąś życiową stabilizację i propozycje kolejnych wystaw?

Wzrosła moja pozycja na rynku matrymonialnym hihihi… Co do stabilizacji to wręcz przeciwnie; wcześniej wiodłem w miarę ustabilizowany żywot grafika komputerowego-pozoranta, nagroda natomiast znów uczyniła dla mnie słyszalnym syreni śpiew kariery artystycznej. A mówiąc zupełnie poważnie, to tak – dostałem parę interesujących propozycji wystaw, odbyłem kilka świetnych artystycznych wycieczek i podróży, spotkałem ciekawe osoby, z którymi prowadziłem inspirujące rozmowy.

W Twoim filmie Doktor Fauścik nawiązujesz do motywów i estetyki zaczerpniętej z niemego kina. Czy uważasz, że ten dialog z historyczną już w końcu ikonografią jest ciekawszy od bezpośredniego komentowania współczesnej rzeczywistości?

To trochę nieporozumienie. Fauścik nie jest dialogiem z historyczną ikonografią, to zupełnie współczesna i dotycząca współczesności „przypowieść krytyczna” stylizowana jedynie na kino z lat dwudziestych i na tamten sposób opowiadania historii. Osoba względnie zaznajomiona z takimi filmami łatwo spostrzeże, że mojemu dziełku daleko do rasowego slapsticku, że stosuję ruchome ujęcia, inny montaż itd…

Zastanawia mnie sformułowanie „bezpośrednie komentowanie współczesnej rzeczywistości”. Bezpośrednio komentujemy poprzez zwykłe komunikaty, rozmowy, wzmianki, artykuły itd. Ja wyznaję staroświecki pogląd, że artysta to ten, który powinien „uczynić formę sobie poddaną” i mówić o świecie w sposób wyjątkowy i niepowtarzalny, sobie tylko właściwy (ale w ramach jakiejś konwencji, czyli warunku bycia jakoś pojętym). No i też w moim osobistym oglądzie świata rzeczywistość nie równa się współczesności, ale to już trzeba by się było szczegółowymi definicjami wymieniać. Nuda…

Co do Fauścika to z nim trochę jest trochę jak z lekiem w kapsułce. Łyka się bez problemu, nie czując upchanej wewnątrz goryczy.

W niektórych pracach odwołujesz się do estetyki amatorskich filmów z youtube’a. Nie wstydzisz się też pikselozy. Skąd bierze się ta fascynacja?

Uwielbiam portal Youtube, zwłaszcza najgłupsze i najprzedziwniejsze jego rejony. Estetyką youtubową posłużyłem się raz tak właściwie, w wideokolażu Kryptonim Królestwo (aka Widzeniu księdza Józia). Filmiki, z których skorzystałem to tzw. z angielska „epic fails”, czyli dramatycznie niemądre wypadki i upadki. Kryptonim to thriller apokaliptyczny oraz mistyczna wizja naszych czasów z perspektywy lat sześćdziesiątych. W wizji tej mój bohater – ksiądz Giuseppe – ujrzał wciąż upadających, rozpikselowanych i odurzonych nieszczęśników. A pikseloza to też (być może trochę łopatologiczny) symbol – znak równości między rozczłonkowaniem i zamazaniem ludzkich wizerunków a spustoszeniem wewnętrznym. A już abstrahując od powyższych wniosków, obraz wideo słabej jakości ujmuje mnie po prostu swoją urodą.

Czy charakterystyczne dla Ciebie humorystyczne podejście do tematu wynika z ironii czy z irytacji? Czy też jest to raczej wyraz życiowej postawy?

W moich pracach ironia wynika z irytacji, natomiast humor jest odpowiedzią na wołanie formy. W życiu staram się być względnym wesołkiem.

W niektórych Twoich filmach sam występujesz jako aktor. Co więcej – przy realizacji Doktora Fauścika ogłosiłeś w swoim mieście casting na aktorów. Czy celowo zależy Ci na utrzymaniu takiej amatorskiej dykcji, która – paradoksalnie – okazuje się naturalna i prawdziwa?

Odpowiedź w tym wypadku jest prozaiczna. Nie stać mnie na niebycie amatorem. Casting też był inicjatywą czysto praktyczną: potrzebowałem młodzieży i tak było mi najłatwiej do niej dotrzeć. Co do dykcji, to oczywiście wolałbym mówić jak Andrzej Seweryn niż jak ja, ale nie jest to taka prosta sprawa.

Chciałbym Cię także zapytać o Twoje malarstwo. Skądinąd to nie jest jeszcze gigantyczna kolekcja. Dlaczego w ciągu roku wychodzą spod Twojego pędzla zaledwie 3-4 obrazy?

Jestem malarzem ślamazarnym, wiecznie wahającym się i spłoszonym. Obraz zazwyczaj najpierw projektuję, robię dużo szkiców i jak sam się przekonam, że warto zacząć go malować, to maluję. No i też większość czasu poświęcam wideo.

Jesteś już w Słupsku po raz drugi. Na poprzednim biennale „Rybie Oko 5” otrzymałeś nagrodę. Tym razem widzimy się przy okazji indywidualnej wystawy w Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej w Słupsku. Czy jesteś zadowolony z tej prezentacji?

Jako człowiek o całe zło świata obwiniający dziewczyny, czuję się zaszczycony, mając możliwość pokazywania swych prac w Baszcie Czarownic. To ładna i niebanalna galeria, aranżacja projekcji się powiodła; udało się mi uzyskać efekt „krzyżackiego glamour’u”, który sobie wcześniej założyłem. Mam nadzieję, że Słupszczanom spodoba się to, co im przygotowałem. No, a z tymi dziewczynami, to był żart.

Dodaj komentarz