9 maja - 1 czerwca 2003
Baszta Czarownic, Galeria Kameralna, wybrane miejsca publiczne w Słupsku

Po dość długim okresie słabej aktywności artystów mieszkających w Słupsku niespodziewanie, i prawie nagle, pojawiła się nowa generacja artystów o wyraźnych i interesujących postawach artystycznych. Młodzi artyści mieszkający w Słupsku uczestniczą w wystawach w Polsce i za granicą. Mają realną szansę znaczącego zaistnienia w świecie sztuki. Wystawa będzie nie tylko odpowiedzią na pytanie jak młodzi artyści postrzegają swoje otoczenie wizualne, mentalne, społeczne i polityczne, ale będzie także odpowiedzią na pytanie: jaki wpływ na aktywność i karierę artystyczną artystów "nie mieszkających w metropoliach" mają zachodzące procesy cywilizacyjne? Jest to pierwsza wystawa prezentująca stan aktualnych poszukiwań artystycznych pokolenia młodych artystów związanych ze Słupskiem. Artyści na wystawie zaprezentują: malarstwo, fotografie, obiekty, instalacje, performance i akcje. Wystawa będzie miała miejsce w dwóch słupskich galeriach oraz w wybranych miejscach publicznych miasta.

w wystawie udział biorą:

"Młodzi Zdolni" pojawili się w Słupsku nagle, jakby znikąd. Wracając do Słupska lub jeszcze całkowicie z niego nie wyjeżdżając. Młodzi nie tworzą wyraźnego, lokalnego środowiska. Nawet się nie znają. Wyznaczają jedynie niewyraźną oś: Słupsk - i świat. Ale uciekają od piętna regionalizmu. Mówią o sobie i świecie. Wystawiają w znanych galeriach i dość swobodnie poruszają się wśród współczesnej rzeczywistości artystycznej.

Nina Kosakowska przyjęła rolę antyglobalistycznej aktywistki. Na ścianach wypisała hasło "In God We Trust", podłogę zaś ozdobiła "dywanem" - flagą USA, gdzie 51 gwiazdek zastąpiła symbolami McDonald's, IBM, MTV, Nike, Playboy, Coca-Cola... Całość instalacji została zaprezentowała "poza galerią", w małym klaustrofobicznym wnętrzu tuż obok prawdziwego wnętrza galerii. Oskarżając amerykański kapitalizm i galerię, którą przypuszczalnie traktuje, jako część kapitalistycznego systemu.

Monika Koźlakowska oferuje ludzką głowę z 35-cio procentowym upustem... Slogan reklamowy: "Wysoka jakość w naprawdę niskiej cenie" zachwala imitację ludzkiej głowy w skali 1:1. Jesteśmy prawie pewni, że głowa wystawiona na sprzedaż to autoportret artystki, pomimo braku jakichkolwiek podobieństw. Koźlakowska, absolwentka uniwersytetu - filozof - nie może znaleźć żadnej pracy, obniża więc cenę swojej głowy. Drugie jej wystąpienie także łączy się z jej sytuacją materialną: organizuje pokaz mody odzieży używanej. Próbuje realnie i pozytywnie odpowiedzieć na podstawowe pytanie: jak być modnym będąc biednym?

Ludek Franczak czyni to inaczej. Aktywnie podchodzi do życiowej pułapki: promowany jako "zdolny" sam promuje na pokazie mody uszyte przez siebie papierowe ciuchy. Promuje i sprzedaje w różnych sklepach. Utrzymując rozsądny kontakt z kapitalistycznym rynkiem. Kupujcie to, co indywidualne a nie to, co masowe. Bądźmy racjonalnymi anarchistami, obrońmy swoją wolność. Sam już nie ma czasu na robienie innej sztuki, jak to robił jeszcze rok wcześniej.

Piotr Wachowski zaprezentował serię obrazów z Adolfem Hitlerem. Zła moc Hitlera ciągle intryguje artystów na całym świecie. Najczęściej dokonują zabiegów, by tą moc zniszczyć, by nas przerazić albo postawić w kłopotliwej sytuacji. Obrazy Wachowskiego możemy zobaczyć tylko w efektownym, ultrafioletowym świetle. Hitler Wachowskiego intryguje, świeci, błyszczy niczym jakiś święty. Na jednym z obrazów Hitlerowi ukazuje się św. Franciszek, jako ten, który nie skrzywdził najmniejszej żyjącej istoty. Hitler, by być zbrodniarzem doskonałym poszukiwał wzorów dla nowego modelu człowieka w starożytnym Rzymie nie znającym 5. przykazania. Mógł wtenczas odrzucić całkowicie duchowość judeochrześcijańską jako wyraźny przeżytek. I pozbyć się wszelkich wyrzutów sumienia.

Krzysztof Przewoźny pokazał kilka świetnie namalowanych obrazów - obiektów. Możliwych do "układania" w różnych formalnych zależnościach. Jego mówienie malarstwem sprowadza się do budowania jakiejś anegdoty, intrygi i wyraźnej fascynacji przypadkami szczególnymi, cytatami z różnych estetyk. Tworząc sztukę całkowicie w duchu postmodernistycznym. W jednej ze swoich prac wmontował autentyczny kawałek ławki Kantora z "Umarłej Klasy" przypadkowo urwany podczas transportu na wystawie w słupskiej galerii i kartę Macro Cash & Carry. W swej antysymbiozie mają tworzyć (postkantorowski!!!) "l'objet d'art". Do obiektu sztuki pretenduje tu znalezione drewno z ławki geniusza i hołubiony plastikowy prostokącik.

Karolina Wysocka zagłębia się w skomplikowany świat form biologicznych. Dokładnie nie wiemy czy jest ciało ludzkie, czy też jest to ciało roślin. Sporych rozmiarów rysunki (?) obrazy (?) zamknięte za szkłem, w gablotkach, tworzą monumentalne ornamenty.

Prace Katarzyny Konarskiej są najbardziej klasyczne. Namalowane i narysowane akty nie starają się sugerować innych związków i szukać specjalnych znaczeń, poza tymi, które wyrażają. Zatrzymane w czasie pozy modelek mogą być tylko zwykłym akademickim rysunkiem.

Natalia Martiszewicz prezentuje śpiących modeli sfotografowanych na jednej klatce przez 5 -7 godzin. Śpiące osoby są aktorami we własnym śnie. Stosując "jakieś" nakrycie głowy stają się niezwykłymi postaciami. Jej eksperymenty fotograficzne nieodłącznie są związane z jej życiem, najbliższym otoczeniem, które nieustannie przekształca za pomocą możliwości technologicznych tkwiących w fotografii.

Karolina Zaborowska fotografuje samą siebie. Obiektyw bez skrupułów wędruje przez zakamarki skóry, "wcina się" w nią, nadając jej abstrakcyjny charakter. Niemal je odczłowiecza. Jej zdjęcia mają specjalny klimat poprzez zastosowanie koloru. Stają się oniryczne, utopione w głębi bez wyraźnych kontrastów.

Mariusz Dzierżawski, wyprawia podobne "egzorcyzmy" na ludzkim ciele. Lekko je oświetla, czyni prawie niewidocznym. Czarno-białe fotografie Dzierżawskiego zdążają do abstrakcyjnej formy o bardzo dziwnej szlachetnej strukturze. Powierzchnia fotografii przypomina nieco graficzną technikę mezzotinty, gdzie każda kreska delikatnie świeci w mroku czerni.

Janusz Wroński wręcz chowa fotografię. Nie pokazuje jej. Zwija ją i ukrywa w skonstruowanych formach. Odkłada, tak jakby była kompletnie nieważna. Albo miała stać się tajemnym archiwum dostępnym po latach. Tymczasem, pokazane zwitki fotografii tworzą inną formę, nową formę geometryczną, wypełniają regularne podziały małych półek. Widzimy fotografie, ale nie widzimy zarejestrowanego obrazu. Nie wiemy jakie niosą w sobie komunikaty, same stając się poniekąd tworzywem do tworzenia nowego obiektu.

Radka Franczak inaczej mówi o fotografii i o rzeczywistości. Szuka w niej jakieś intrygi. Wierzy w obraz. Szuka go. We mgle. W przyrodzie i wśród ludzi. Jej delikatne, czarno-białe zdjęcia nie podejmują dialogu z modnymi postawami. Nie jest antyglobalistką ani anarchistką. Drażni ją nawet obecność performance na wystawie. Proponuje wrażliwą obserwację i wysublimowaną narrację.

Magdalena Sowierszenko jest performerką, która koncentruje się na sztuce feministycznej. Ale nie jest walczącą aktywistką. W swoim performance mówi o losie kobiet. Druga jej praca - zarejestrowany zapis performance na taśmie wideo prezentuje podobny klimat i zakres wypowiedzi. Sowierszenko mówi o sobie i innych kobietach, podkreśla własną odmienność i zbieżność z innymi.

Oglądając wystawę odnosimy wrażenie, że część młodych artystów wnosi do niej tylko swój akademicki warsztat. Nie może rozstać się ze żmudnym poszukiwaniem formalnych rozwiązań. Nie może rozstać się ze swoimi profesorami, którzy są nadal dla ich "najwyższą" publicznością. Może poza Krzysztofem Przewoźnym, który przez wiele lat cierpliwie studiował na swojej, prywatnej akademii. Żadnych związków z akademią nie widać u Piotra Wachowskiego, który jest już sam asystentem na warszawskiej ASP i uprawia malarstwo niezwykle oryginalne. Podobnie samodzielną drogę widzimy u Magdy Sowierszenko, której nikt nie uczył performance. Znając szerzej twórczość Karoliny Wysockiej także możemy powiedzieć, że już dawno straciła z oczu swoją przeszłość akademicką. Zwłaszcza z perspektywy Nowego Jorku, Brukseli czy Amsterdamu, gdzie od czasu do czasu przebywa. Ci, którzy chcą być artystami, a nie mieli okazji studiowania w uczelni plastycznej są bardziej radykalni i nie interesuje ich warstwa estetyczna. Są agresywni, radykalni, anarchistyczni i .... amatorscy. Mogą liczyć na skandal i zaistnienie poza galerią. Nie wiemy oczywiście jaka strategia działania jest lepsza. Już za kilka lat najlepiej zweryfikuje ją skomplikowany układ artystyczny, rynek, krytyka i sami odbiorcy.