Marcin Berdyszak
Konstytucja / Po Jasperze Johnsie

Galeria Kameralna, Słupsk

Wernisaż: 28.01.2009, godz. 18:00,,
Wystawa będzie czynna do 01.03.2009.

img_4012 img_4014 img_4022 img_4026 img_4029
img_4030 img_4031 img_4040 img_4045 img_4046 img_4047 img_4051 img_4053 img_4056 img_4057
img_4064 img_4068 img_4069 img_4072 img_4080 img_4085 img_4086 img_4088 img_4089

Marcin Berdyszak uzyskał dyplom z malarstwa w pracowni prof. Włodzimierza Dudkowiaka oraz z rzeźby w pracowni prof. Macieja Szańkowskiego w PWSSP w Poznaniu w 1988 roku. Od 1989 roku związany z Akademią Sztuk Pięknych w Poznaniu, gdzie obecnie pełni funkcję rektora. Prowadzi pracownię warsztatów twórczości edukacyjnej na Wydziale Edukacji Artystycznej oraz, wraz z ojcem prof. Janem Berdyszakiem, pracownie rzeźby i działań przestrzennych. Ponadto prowadzi pracownię rzeźby w Instytucie Wzornictwa Politechniki Koszalińskiej. Zajmuje się instalacją, obiektem, rysunkiem. Jest autorem kilkudziesięciu wystaw indywidualnych w Polsce i za granicą. Jego sztuka oscyluje wokół problemu zacierania granic między naturalnym a sztucznym, między prawdą a iluzją. Bada granice kultury i natury oraz ich wzajemnych relacji.


KULTURZE JEST DO TWARZY ZE ŚMIERCIĄ
Roman Lewandowski w rozmowie z Marcinem Berdyszakiem

Roman Lewandowski: Od wielu lat w swoich projektach i realizacjach odwołujesz się do problematyki związków, jakie zachodzą pomiędzy kulturą oraz naturą. Dzisiaj żyjemy w czasach, kiedy współczesne technologie często zastępują nam kontakt z rzeczywistością pozawirtualną, kiedy pojawiają się rozmaite substraty rzeczywistości, Matrix i symulakry, które zresztą mają swoich zagorzałych zwolenników. Przy tym wszystkim niejednokrotnie są prostsze i dostępniejsze, bo nie wymagają od nas naszego fizycznego udziału i nie domagają się szczególnej aktywności. Możemy doświadczać świata za pośrednictwem rozmaitych interfejsów. W tej sytuacji nie tylko natura, ale rzeczywistość od nas jakby się oddala na korzyść hiperrzeczywistości i wirtualności. Z kolei sztuka jest także tylko grą odbić, jest kulturowym interfejsem. Był zresztą czas, kiedy w latach 70. ubiegłego wieku, niektórzy artyści dążyli do dematerializacji dzieła bądź też - później - tworzyli prace, które w istocie "rozmawiały" same ze sobą. Czy zatem wierzysz jeszcze, że sztuka może w jakiś sposób uczyć nas czegoś o świecie albo coś mówić o otaczającej rzeczywistości? I czy jest w tym wygenerowanym cyfrowo lub konceptualnie świecie miejsce dla... natury?

Marcin Berdyszak: Myślę, że dychotomia kultura-natura już dziś nie istnieje. Stało się to jednością i nie należy już tego rozdzielać, gdyż może sprowadzić nas to do wniosków nieprzystających do stanu rzeczy. To, czym się zajmowałem w latach 90, a więc owocami i relacją, o której wspomniałeś to już przeszłość. Dziś to, co jest hybrydą, substytutem, reprodukcją, jest bardziej pożądane i łatwiejsze do zdobycia; no i oryginały pozostały tylko w formach, kształtach, nazwach, które pozwalają je identyfikować jako coś, co dobrze znamy, ale to już tylko pozory, albo nowa rzeczywistość sztuczna, cyfrowa albo syntetyczna, i to staje się naszym naturalnym środowiskiem. Kultura jest naszym naturalnym środowiskiem. Nie wiem czy sztuka może nas czegoś nauczyć, na pewno pozwoli nam reflektować świat i wszelkie zjawiska w nim zachodzące i proponować najróżniejsze ich perspektywy czy konteksty. Pozwala nam uzmysławiać sobie wiele rzeczy. Myślę, że sztuka jest raczej jedną z możliwości poznawania i jedną z możliwości rozumienia świata, ale nie jedyną.

RL: Jest dla mnie rzeczą niezwykle ciekawą, że mimo iż spora część Twoich projektów składa się faktycznie z rzeźb, obiektów i instalacji, to jednak zdecydowana ich większość reflektuje i obrazuje tematy bardzo malarskie. W końcu martwe natury - np. te słynne flamandzkie patery z owocami - są dla nas dzisiaj kanonicznym motywem w historii sztuk wizualnych. Czy nie jest tak, że w głębi ducha jesteś niespełnionym malarzem...? Chciałbym tu jeszcze dodać, że w wielu Twoich pracach pojawia się tematyka szeroko rozumianej konsumpcji. Obrazujesz to chociażby na przykładzie Twoich słynnych "bananów". Ale przecież w wielu innych pracach pokazujesz przedmioty i rekwizyty kojarzone właśnie a to z konsumpcją a to z konsumeryzmem, także dóbr kulturowych. Czy uważasz, że współczesny człowiek rzeczywiście jest przede wszystkim istotą nastawioną na branie, pochłanianie i przyswajanie? I czy nie sądzisz, że istotnym, choć może tracącym na znaczeniu, elementem ludzkiej komunikacji jest interakcja, bezinteresowna wymiana, dialog? W końcu żyjemy w świecie, w którym aktywność wielu ludzi zaczyna się i kończy na obsłudze pilotów telewizyjnych bądź komputerowej myszki....

MB: To fakt... Studiowałem malarstwo. Jednak odnoszenie się do martwych natur wynika z rodowodu instalacji, który ja właśnie tam widzę i obszar martwych natur szczególnie XVII-wiecznych uważam za doświadczenie o ogromnej wadze. Proszę zwrócić uwagę, że my mówimy dziś o obrazach, ale przecież istotny był fakt ustawiania, kreowania, dobierania elementów martwych natur, wymieniania w nich nietrwałych owoców, czy dobierania przedmiotów, rekwizytów o bardzo określonej proweniencji. Tego elementu całości nie bierze się pod uwagę, a to jest tak samo ważne. Ja niejako odwracam sytuację, nazywając moje prace martwymi naturami. Jednak to nie są obrazy, tylko sytuacje, nie ustawiane po to, aby je malować... Bezinteresowność to jest wielka sprawa. Sztuka jest - moim zdaniem - jednym z takich przejawów bezinteresowności. Zawsze istnieć będą ludzie, dla których bezinteresowność będzie najbardziej podejrzana, a wtedy aktywność spada, no i pozostać może obsługa i irytacja.

RL: W swoich realizacjach zdarzało się, że używałeś prawdziwych owoców - np. banany, cytryny, pomarańcze - albo też zastępowałeś je sztucznymi imitacjami. Te drugie, jakkolwiek pozbawione aromatu, zapachu i smaku - tworzą iluzję stałości i niezmienności. Te pierwsze, poddane prawom zmienności i przemijania, nie pozwalały zatrzymać wzroku na jakimś stałym elemencie. Czy jest w Tobie jakaś potrzeba zatrzymania lub uchwycenia natury rzeczy? I czy jest to w ogóle możliwe, bo przecież właściwie wszystko się zmienia i jeśli jest coś stałego, to jest to na pewno 'zmiana'. A może ta potrzeba zamknięcia i uchwycenia kawałka wieczności jest jakimś na poły uświadomionym lękiem i dyskursem z kulturą śmierci, jaka tkwi u podstaw całej kultury o źródłach judeochrześcijańskich?

MB: Ty nazywasz to zmianą, a ja transformacją. Transformacja to konieczność, transformacja to trwanie, transformacja to również koniec. Być może nieistnienie czegoś będzie rezultatem określonej transformacji, co nie znaczy, że coś nie będzie obecne gdzieś indziej... Na inny sposób to odnosi się nie tylko do śmierci, nie chodzi wyłącznie o duszę, ale o wszelkie istnienie materialne czy niematerialne. Powiem ironicznie - kulturze jest do twarzy ze śmiercią, ale czy kiedykolwiek było inaczej...

RL: Przygotowując przed paru laty wystawę zatytułowaną "Narzędzia kultury" odwołałeś się w swoich pracach do języka i instrumentów zwykle kojarzonych ze sztuką, a ściślej mówiąc - z muzyką. Przenikały się w nim różne dyskursy - od muzyki do sztuk wizualnych, ale generalnie był to projekt poświęcony modernistycznym złudzeniom dotyczącym domniemanej roli, funkcji i znaczenia kultury, która - jak pokazują rozmaite doświadczenia historyczne - często wchodziła w alians z ideologią, niekiedy przejmując także jej totalitarne cechy. Czy Twoja diagnoza modernizmu dzisiaj nadal jest tak krytyczna? I czy uważasz, że ponowoczesność ze swoją polifonią równoważnych głosów - paradoksalnie - nie zagraża nam zarażeniem się pewnym relatywizmem oraz ogólnym "stłamszeniem" narracji i tekstów naprawdę wartościowych?

MB: Myślę, że ta realizacja nie dotyczyła tego problemu... To nie chodziło o modernizm czy ponowoczesność... Chodziło o to, co pozornie jest stereotypowe, bez względu na to, jak to nazwiemy i bez względu na to, czy to na przykład muzyka czy sytuacje wizualne.

RL: Iluzjonistyczne wątki w Twojej twórczości, a także ilość wykorzystywanych przez Ciebie rekwizytów i organizowanych projektów wskazują, że jesteś jednocześnie i artystą i... Sztukmistrzem z Poznania... Jednak, mówiąc poważnie, interesuje mnie zatracanie konturowości między tożsamościami rzeczy oraz zatracanie się różnic między kopią i modelem, które są jakby dystynktywne dla Twoich prac. Dlatego nie zdziwiło mnie, kiedy zobaczyłem Twoją pracę nawiązującą do flagi amerykańskiej, która z kolei odwołuje się do słynnego cyklu Jaspera Johnsa. Problematyka reprezentacji i wynikających z niej konsekwencji jest w naszej kulturze świadomie obecna co najmniej od czasu Magritte'a, który jest m.in. autorem słynnego obrazu "To nie jest fajka". W Twoim wypadku można powiedzieć: to nie jest flaga, to nie jest Jasper Johns. To jest obraz-obiekt. Ale czemu on służy? I czy sztuka w ogóle powinno czemuś służyć, coś ilustrować?
Często oddziałujesz na odbiorcę niepokojąc jego receptory - mam tu na myśli zwłaszcza prace, które poruszały odbiorcę nie tylko sferą oglądu, ale również działały na powonienie. Rozpylanie silnych zapachów i aromatów, a także działania symulujące procesy zachodzące w dzisiejszej inżynierii genetycznej budują w nas pewien niepokój, ale też każą zastanowić się nad sensem i kierunkiem, w jakim zmierza nauka. Czy uważasz, że artysta i generalnie sztuka współczesna ma jeszcze jakąś moc oddziaływania i stwarza szansę na namysł, na zreflektowanie się nie tylko nad tym, skąd idziemy i gdzie jesteśmy, ale również w jakim kierunku podążamy? I czy takie są rzeczywiście Twoje intencje?

MB: Tu poruszasz kilka wątków. Praca zatytułowana "Po Jasperze Johnsie", przedstawiająca flagi USA i EU w odwrotności do siebie, jest pracą o pozorach. O pozorach oryginalności w sztuce i w polityce, jak i identyfikacji wizualnej. Czy to są pozory czy to są powtórzenia, plagiaty - trudno to jednoznacznie określić, a jednocześnie spełnione jest kryterium oryginalności jak i powtórzenia na raz. Jednocześnie złożona całość jest martwym sarkofagiem.
Nie wiem czy sztuka ma moc oddziaływania, ale - tak jak to wcześniej powiedziałem - może być jednym ze sposobów doświadczania, chyba przede wszystkim doświadczania świata i może rozumienia, choć sami dobrze wiemy, że ani w sztuce ani w świecie nie wszystko jest do zrozumienia. Sztuka nie ma celu, nie jest czymś, co wskaże nam kierunek, choć może ktoś tego oczekuje... Ponieważ przywołałeś mojego ulubionego Magritte'a, sam dobrze wiesz, że w obrazie ,,Perspektywa II. Balkon Maneta" z 1950 roku, który teraz jest w Gandawie, mamy powtórzenie obrazu Maneta, ale nie ma już ludzi tylko trumny, podobnie jak w obrazie ,,Perspektywa. Madame Récamier Dawida" też z tego roku . Coś, co powstaje współcześnie, dotyczy zarówno przeszłości jak i teraźniejszości i przyszłości. Przyszłości, ponieważ obraz Magritte'a ukazuje silniejsze funkcjonowanie i utrwalenie braku niż obecności, który to brak dzięki atrybutowi śmierci w postaci trumny będzie odczuwalny po wsze czasy bardziej niż portretowane osoby na obrazie Maneta... A teraz się zastanówmy czy to wszystko ma zdolność oddziaływania i daje namysł czy nie...

RL: Dzisiaj sztuka często wchodzi w związki z dizajnem, pop-kulturą, polityką i innymi dyscyplinami. Czy uważasz, że takie działania mają sens i czy nie dopatrujesz się w nich próby podpierania się mocą innych, może bardziej popularnych lub "medialnych', argumentów albo dyskursów?

MB: Ta kolaboracja jest wynikiem obecnego stanu rzeczy, tak naprawdę ona zawsze była. To nie jest ani dobre ani złe z zasady. Jest tak jak jest. Natomiast rezultaty tych związków mogą być słabe albo niebezpieczne, coś na przykład może sprawiać wrażenie sztuki na przykład krytycznej, a to będzie zwykła publicystyka, albo sięganie po ekstrema. Jestem za, ale musi płynąć z tego refleksja argumentująca konieczność sięgnięcia po to ekstremum, skandal, zadymę. W przeciwnym razie takie działanie to jest za mało, i to jest za tanie...